RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Tajemnica Leśnego Zakątka’

Tajemnica Leśnego Zakątka cz.II

10 gru

„Helfen Sie uns”… Mijały tygodnie, a wydarzenia z wycieczki rowerowej nie dawały mi spokoju. Co kilka dni nawiedzał mnie tamten sen. Przeżywanie tej tragedii na nowo było katorgą. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co przeżywało tamto małżeństwo. Czego doświadczyli na własnej skórze.

W końcu coś się we mnie przełamało. Nagle ten dziwny strach przed odkopywaniem tajemnic zbrodni minął. Zastąpiła go nie tyle moja chorobliwa ciekawość i pęd ku przygodzie, ile chęć zadośćuczynienia i przywrócenia sprawiedliwości. Tamtego dnia bandyci dokonali zbrodni i do tej pory nikt nie pofatygował się, żeby wyjaśnić całą sprawę. I to było najbardziej intrygujące. Albo ludzie po prostu boją się duchów i omijają to miejsce, albo w wydarzenia zamieszany był ktoś, kogo się boją. Od czasu tych wydarzeń minął niemal wiek. Szkoda, że we śnie nie było jasno powiedziane, kiedy dokładnie to się stało.

Pod pretekstem przybliżania historii miasta i okolic Kevelaer tutejszej Polonii, założyłam bloga i zapisałam się do biblioteki miejskiej. Poza książkami znalazłam w niej także małe archiwum. Od razu po nim widać, że w czasie wojny miasteczko nie zostało źle potraktowane przez Aliantów. Archiwum okazało się kopalnią złota. Badania zaczęłam od spisu mieszkańców i planu miasta. Dzięki temu szybko ustaliłam, kto był ostatnim mieszkańcem Leśnego Zakątka, bo tak nazywało się owo tajemnicze gospodarstwo.

Die Waldenecke 1
Adela und Mattäus Neumann
Anmeldungdatum 17.07.1908

Całe szczęście od czasów Sherlocka Holmes’a technika poszła nieco na przód, więc zamiast przeglądać wszystkie wydania lokalnych gazet od roku 1908 do przynajmniej 30 lat na przód, po prostu użyłam wyszukiwarki. Po kilku minutach wyskoczyły dwa linki. Pierwszy odnosił się do artykułu z 1934 roku:

„…W dniu wczorajszym, w domu przy Waldenecke miała miejsce dziwna historia. Otóż w okolicy słyszano strzały. Po przybyciu na miejsce policji, nie zastano właścicieli domu. Budynek był cały w nieładzie i wyglądało, jakby ktoś wcześniej go przeszukał. Policja bada sprawę i prosi o kontakt świadków zdarzenia.”
Hans Jürgen, 20.06.1934

Pod drugim linkiem znajdował się nieco obszerniejszy artykuł:

„W tym domu straszy! Ludzie nie chodźcie tam! – wykrzykiwał niedawno na zebraniu rady miasta Dieter Müller. Podczas spotkania próbowano podjąc decyzję na temat zagospodarowania terenu przy Waldenecke 1, które przed pięćdziesięciu laty było świadkiem dotąd niewyjaśnionych wydarzeń. Wieść gminna donosi, że mieszkajace tam małżeństwo Neumann zostało zamordowane przez nieznanych sprawców. Do tej pory nie jest znany motyw domniemanej zbrodni – ciał nigdy nie odnaleziono. Od tego czasu dom niszczeje i brak jest pomysłu, jak rozwiązać statut prawny tego miejsca. Jako, że brak jest potwierdzenia zgonu właścicieli, miasto nic nie może zrobić z nieruchomością. Co więcej, każdy kto próbował integrować w jakikolwiek sposób w to miejsce, uciekał z niego dosłownie z krzykiem. W zaistniałych okolicznościach Rada Miasta postanowiła nie ingerować w stan prawny nieruchomości, która w świetle prawa nadal pozostaje własnością państwa Neumann.
Alfred Zimmerman, 14.01.1984

I przez następne dwadzieścia lat zupełna cisza w eterze. Dla Miasta problem zniknął. A dla mnie pojawiło się jeszcze więcej pytań: dlaczego nie wznowiono poszukiwań państwa Neumann? Skoro zniknęli, czemu nie pisano więcej na ten temat w prasie? Czy faktycznie coś ukryli przed bandytami i jeśli tak, to co to mogło być? I gdzie to ukryli? I wreszcie kwestia duchów. Przecież nam się nic nie stało, a z opisów wynika, że ludzie uciekali stamtąd niemal w obłędzie. Sprawa stawała się coraz bardziej zagmatwana i niestety dla mnie, zmuszało mnie to do powrotu na Waldenecke.

 

Tajemnica Leśnego Zakątka

06 paź

Słońce świeciło wysoko na niebie. Zapowiadał się fantastyczny dzień, który zamierzałam spędzić pieląc mój mały ogródek. Tak, ostatnie chwile wolności przed zapowiadającym się w pracy maratonem. Zdecydowanie brakowało mi tych czasów, kiedy przygoda czekała na mnie na każdym kroku. Nieco beztrosko, ale z zaciekawieniem i pasją pochłaniała mój czas. Pozostały tylko wspomnienia, które zawsze wywoływały uśmiech na mojej twarzy, czasem tylko przygaszony cieniem tęsknoty i smutku.

Już dawno przestałam jej szukać. Brutalna rzeczywistość i dorosłe życie sponiewierały moje marzenia. A może to moja wina? Może byłam zbyt słaba, żeby o nie walczyć? Tłumaczenia, że jestem zmęczona po pracy, że muszę posprzątać w mieszkaniu, czy milion innych powodów, były tylko próbą usprawiedliwienia przed samą sobą własnego lenistwa.

Chciałam to zmienić. Czułam, że muszę. Ta ciągła niemoc dusiła mnie coraz bardziej. Wynajdowałam sobie zajęcia, które nie wymagały siedzenia przed komputerem, zaczęłam więcej czytać, kupiłam rower, zaczęłam zwiedzać okolicę. W prawdzie nadal daleko od domu. Daleko od ukochanych Mazur, ale jednak blisko. Ceglana zabudowa, czerwone dachówki, zieleń i charakterystyczny zapach palenia w piecu, przypominają mi naszą krainę tysiąca jezior. Tylko właśnie, jezior jakoś brak. Może to echa dawnych mieszkańców, którzy musieli zostawić dorobek pokoleń, tak mnie pociąga w Mazurach? To niesamowite spotkanie z historią. A teraz, historia jest wokół mnie. To co tam jest przeszłością, tutaj jest teraźniejszością. Tak, chciałabym lepiej poznać to miejsce, jego historię…szkoda tylko, że miejscowy język nadal stanowi dla mnie barierę. Ale nauczę się, nie zmarnuję kolejnych lat.

Moje rozważania przerwał telefon.
- Aga? Co robisz? Masz czas? – Tak, to była moja zwariowana koleżanka Lidka. – Jedziesz z nami? Chcemy trochę pojeździć rowerami po okolicy. To jak? Super, to zbiórka za pół godziny pod moim domem.
Tak wygląda standardowa rozmowa z moimi znajomymi. Wszelkie decyzje podjęte zostają za ciebie, a ty tylko musisz je przyjąć do wiadomości. Nie ma opcji sprzeciwu.

Tym sposobem ostatni dzień urlopu miałam spędzić na rowerku. Ogródek będzie musiał poczekać, ale nie narzekam. Genialna infrastruktura rowerowa w tym regionie Niemiec, sprawia, że jazda jednośladem to sama przyjemność. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zarówno wyrafinowani niedzielni rowerzyści, jak i fani bezdroży. Opcji jest wiele, a krajobraz zawsze zachwyca.

Spakowałam więc wodę, prowiant, coś do czytania oraz koc i pojechałam. Koleżanki jeszcze nie było, a może to ja, jak zwykle byłam za wcześnie. Po paru minutach się pojawili – Lidka i jej chłopak Dawid. – i pojechaliśmy. Wybraliśmy wiejskie dróżki wzdłuż rzeki Niers – taka nieco mniejsza Bystrzyca. Krajobrazy sielankowe, aż chce się powtórzyć za Janem Kochanowskim ‚wsi spokojna, wsi wesoła’. Od czasu do czasu mijaliśmy innych amatorów dwóch kółek, a poza tym nic tylko natura. Po drodze nie natrafiliśmy na żadne gospodarstwo. Kilka razy przystawałam, żeby zrobić jakieś zdjęcie, po czym musiałam gonić pozostałą dwójkę. Raz zjechaliśmy ze szlaku, żeby przyjrzeć się pewnej anomalii w krajobrazie, a mianowicie zapomnianemu gospodarstwu, położonemu na skraju lasu.

Powybijane okna, wyłamane drzwi, w ogrodzie dawno temu zadomowiła się roślinność leśna. Przez szpary w drzwiach zajrzeliśmy do środka budynku. Wszystko było zniszczone. Połamane meble, pobite granki, zawalony piec, a wszystko połączone siecią pajęczyn. W powietrzu czuć było wilgocią. Dom wyglądał, jakby co najmniej od wojny nikt w nim nie mieszkał, co wydawało się dziwne, znając pedantyczne upodobania Niemców. W końcu nie byliśmy znowu tak daleko od najbliższej miejscowości, a dookoła są pola uprawne. Mieszkańcy na pewno znają te ruiny.

Nagle zrobiło się cicho. Ptaki przestały śpiewać, słońce schowało się za ciemnymi chmurami i zerwał się porywisty wiatr. Nadchodziła burza. Trzeba było zdecydować co robimy – wracamy do domu i narażamy się na oberwanie piorunem, czy czekamy w ruinach? Zdecydowaliśmy się zostać. Ulokowaliśmy się na kamiennym ganku i w tym samym momencie z nieba runął deszcz. Ściana wody, za którą z trudem widzieliśmy nasze rowery, zostawione przy resztkach płotu, jakieś 10 metrów od nas. Wykorzystaliśmy tą przerwę, aby się posilić i napić kawy, po czym naszła nas dziwna senność.

Było ciepłe popołudnie. W powietrzu czuć było gotowany obiad. Spojrzałam w stronę ruin. Na ich miejscu stał piękny, zadbany dom, ogródek zachwycał różnorodnością gatunków. I ten fantastyczny kwiatowy zapach. Gospodyni krzątała się w kuchni. Podeszłam, żeby się przywitać, ale ona mnie nie widziała. Wysoka, dobrze zbudowana kobieta w średnim wieku, wyglądała jak typowa pani domu z przedwojennych filmów. Nucąc pod nosem nieznaną mi melodię, szykowała obiad dla męża. Chwilę potem zobaczyłam go nadchodzącego od strony lasu. Skromnie ubrany, szczupły i wysoki, ciężko pracujący rolnik. Labirynt zmarszczek na jego twarzy wskazywał, że życie go nie oszczędzało. Czule pocałował żonę w policzek na przywitanie i oboje zasiedli do stołu.

Tę sielankę przerwał nagły hałas wydobywający się z głębi lasu. Po chwili kilku mężczyzn wyłoniło się z zielonej gęstwiny. W rękach mieli strzelby. Gospodarz zdążył sięgnąć po swoją broń, która stała tuż przy drzwiach. Kilka sekund potem dało się słyszeć strzał. Jeden z mężczyzn przestrzelił rolnikowi ramię. Weszli do domu. Małżeństwo nie miało jak się bronić. Bandyci wywlekli ich z domu i zaprowadzili w stronę lasu. Coś krzyczeli, zadawali pytania.
- Gadaj, gdzie to ukryliście?! Nie chcesz mówić, to sami to znajdziemy!
Kilku z nich zostało w domu. przewracali meble i tłukli naczynia, ale nie znaleźli tego czego szukali. Głosy w lesie zamilkły, jedynie dwa strzały odbiły się głuchym echem od drzew.

Obudziłam się zlana potem. Lidka i Dawid podobnie. Wszystkim nam śniło się to samo. Identyczny straszny sen. Już dawno przestało padać, a my nadal siedzieliśmy w osłupieniu, tępo patrząc w przestrzeń. Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby dojść do siebie. Gdy wyszliśmy do ogrodu, okazało się, że nasze rowery zostały przyozdobione pięknymi kwiatami. Jak te ze snu. Między ich łodygami znalazłam pożółkłą karteczkę z niemieckim napisem ‚Helfen Sie uns’ – pomóżcie nam.
- Czy to jakiś żart? Może ktoś nam dosypał czegoś do termosu, kiedy zwiedzaliśmy dom… – powiedziała Lidka.
- Pewnie tak. To raczej jedyne wytłumaczenie. Lokalni dowcipnisie.

Czy tylko ja miałam złe przeczucia? Pewnie tak. Czym prędzej wróciliśmy do domu. Żadne z nas już nie miało ochoty na dalsze zwiedzanie okolicy. Zresztą i tak zmierzch zbliżał się nieubłaganie. Wieczorem siadłam przed komputerem, żeby obrobić zdjęcia z całego dnia. Na jednym z nich, zrobionym od frontu gospodarstwa, stał zupełnie nowy dom, dokładnie taki, jak ze snu. Na ławeczce przed budynkiem siedziało małżeństwo…